RÓŻA THUN – Zapracowaliśmy sobie z mężem na miłość – „Gazeta Krakowska”
2009-12-18
Nasi przodkowie mówili po polsku, ale również językami narodowości, wśród których żyli. Tak jak mój mąż mówi dziś po polsku, a ja po niemiecku, choć każde z nas z rozpoznawalnym obcym akcentem. Wiem, że mój mąż odziedziczył po przodkach imperatyw walki o to, co najważniejsze. Tak więc Polska w Unii, Polska z dobrymi instytucjami i dobrze funkcjonującymi samorządami, to jest jego pasja. Ponad różnicami językowymi, czy narodowościowymi integruje nas wiara katolicka. Miłość powstaje w kontekście wartości, wiary i zaangażowania w życie publiczne. Myśmy sobie na nią zapracowali. Pobraliśmy się i poznali dosyć późno. Ale wcześniej w życiu nie obijaliśmy się, tylko rozwijali się. Dzieci mają na przemian polskie i obco brzmiące imiona. Ważne były tradycje panujące w naszych rodzinach. Pierwszy syn nosi imię dziadka po mieczu, a pierwsza córka babki po kądzieli. Nasz syn po teściu ma na imię Christoph, a córka Marynia-po mojej mamie, która dostała je po Marii Czapskiej. Sophie była babką mojego męża i po niej kolejna córka dostała imię. Wreszcie najmłodsza Jadwiga, którą w stanie utajonym przewieźliśmy z Nepalu, miała zostać Wandą-po mojej babce-ale opowiedziałam mężowi legendę o Wandzie, co nie chciała Niemca i uznał moje racje.
Waga tradycji daje o sobie znać także w Boże Narodzenie?Thunowie i Woźniakowscy mają takie same zwyczaje. Największym prezentem na święta jest choinka, która skądś się zjawia, a dokładnie ubieram ją z mężem, a dzieci widzą ją-całą oświetloną prawdziwymi świeczkami- dopiero gdy zadzwoni dzwoneczek. Tak było w moim domu i domu mojego męża. Pamiętam, jak jako dziecko cierpieliśmy podczas wigilii nie mogąc doczekać się prezentów,które choćby najskromniejsze cieszyły nas nieopisanie.Rodzice dokonywali cudów, by je zdobyć. >>